HOME | DD

bittersolution — slowo pisane by-nc-nd
Published: 2006-12-17 21:09:33 +0000 UTC; Views: 160; Favourites: 0; Downloads: 4
Redirect to original
Description Gdzieś z tył lekko stuknęły drzwi. Dumne damy i eleganccy panowie obejrzeli się z odrazą. Środkiem kościoła kroczył pijany człowiek. Rozciągnięte usta kpiły. Chwiejąc się na nogach zwiedził boczne nawy. Mruknął coś niewyraźnie. I zniknął.
Bańki mydlane. Pełne próżności. Ordynarny makijaż. Futra. Błyszczące lakierki. Teatr Opatrzności. Dwa słowa zapisane środkowym palcem. I rozchichotane nastolatki u wrót nicości.
Krzyczę!



***



Wstaję od stołu. Gdzieś za mną krzesło gwałtownie spotyka sie z podłogą. W myślach dudnią słowa „płacz to słabość”. Ale ja jestem słaba. Cholernie słaba. I tak bezmyślna.
Wybiegam. Trzaskam drzwiami, wpadam na przedmioty. Kaleczę nieporadne ręce kluczem.
Wybiegam. Prawie pod samochód. Kierowca coś tam wrzeszczy.
Wybiegam. Ze szklanymi oczami. Ślizgam się na stęchłych liściach.
Bo pozostała mi tylko „szara-naga-jama”. Po niej. Po wszystkim. I nic już nie ma. Nic co jest coś warte. Bo nikt mnie nie zrozumie. A szczególnie ja sama. Nie wiem co ze sobą zrobić. Chodzę po parku. Zostawiam ślady w rozmiarze 39 i pół. Wokoło jest mgła. Gęsta mgła, którą tak kocham.
I nie chce już Warszawy. Nie chce Mazur, ani Gdańska. Nie chce ludzi. I chyba nie chce by ktoś mnie zrozumiał. Nie chce być szczęśliwa. Bo kaleczę innych.



***



Oda do próżności. Mam INSPIRACJE. Nie do heroicznych czynów czy kolejnych sposobów wyrażania artyzmu. Nie, nie o to chodzi. Mam inspiracje do tworzenia siebie. Bez udziału innych.


Patrzyłam na nich z góry. Choć tak dorośli, wydawali się niczym. Kurzem, drażniącym oczy w letni dzień. Zadufani w sobie, udający pobieżne zainteresowanie. Plastikowe uśmiechy. Przy przeciwległym końcu stołu siedziała arogancka kobieta. Zdradził ton głosu, ruchy. Siwe włosy, niezdarnie ułożone w fale. Przerażające mniemanie o sobie. Nieświadomie odgradzałam się od tego świata. Margines inteligencji. Bałagan ratował jeden ze starszych panów. Parę prawdziwie miłych słów.

Huczeli w mojej głowie. I znów trzask drewna. Ale przed tym zmęczone „do widzenia,tak dziękuję” zbite w bełkotliwe zdanie. Zdawkowy uśmiech. Tupot stóp w tej przerażającej pustce.



***



Studyjna wersja notatki - 5 przekreślonych prób. Puste dni. Kilka bezsensownych słów. Do tego irytująca maniera nie zamykania drzwi. Ot, zwyczajna cotygodniowa zmiana charakteru.
Chore, obsesyjne myśli. O ustach, ustach kogokolwiek. Ach, żałosna próba oryginalności. Uwielbienie Paris, bo wszyscy ją nienawidzą? Czasem mam ochotę poprostu być. Tak sobie, dla samego istenienia. Bez planów, gotowych ścieżek. Bez IRYTACJI.


Szkoła, polityka, życie. Czymże to jest wobec cierpień milionów, pokrzywdzonych tożsamości tłumów. Bądź kimś! Bądź kimś - naturalna, subtelna, dumna i niedostępna.


Kłaniajcie się narody przed pseudoartystycznym bełkotem pseudointelektualistyki.



***



W pośpiechu zabieram płaszcz i szalik. Trzaskając drzwiami z całą furią, oznajmiam, że już mnie tam nie ma. Wkłądając małe słuchaweczki w uszy, usiłuję zagłuszyć wrzeszczące myśli. Cienka kreska pomiędzy rzeczywistością a fikcją zaciera się. Ona jest mną, ja nią. Bezgłośnie krzycze. Kopie śnieg leżący na chodniku. W amoku wpadam na ludzi. Tłumy nastolatek, ordynarnych-oryginalych kopii, mijają mnie stadami. To z prawej, to z lewiej. Zaciskam poły okrycia. Mróz wciska mi się do mózgu. Mam ochotę położyć się na ziemi i umrzeć. Jakiś bezczelny czterdziestolatek uśmiecha się w taki sposób, że mam ochote go udusić. Dziewczynki w różowych bucikach zamazują bałagan w mojej głowie, i tak już niesłyszalny. Wchodze do pierwszej z brzegu księgarni i biegne do działu historycznego. Pozwalam, by kilka łez upadło na szare, zniszczone linoleum. Gdy wychodzę, pomarszczony właściciel posyła mi zatroskane spojrzenie. Grzebie po kieszeniach. Gdzieś, na dnie prawej kieszeni, podzwaniają klucze. Klucze do mojego życia. Nie ich, nie jego, nie przeklętej jej.
Wściekłość topie w wannie z gorącą wodą.

Related content
Comments: 0